Autor: EliS . 6 Nov 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
Czymś, co będzie mi się zawsze kojarzyło z Wenezuelą, jest klimatyzacja. Używana zawsze i w każdym możliwym miejscu. Nawet w autobusach.
Podczas naszej pierwszej jazdy autobusem nocnym nie byliśmy na to przygotowani. Na szczęście profilaktycznie w plecakach podręcznych znalazły się bluzy i skarpetki. Wtedy to wystarczyło.
Za drugim razem dobraliśmy sobie jeszcze kurtki i czapki. Niestety, to okazało się za mało. Ciężko wyczuć czy może kierowca miał jakieś sadystyczne zapędy, czy o co mu chodziło. W każdym razie dosłownie wszyscy trzęśli się z zimna. Ciężka to była noc. Nawet pójście do kierowcy i zwrócenie mu uwagi nie pomogło. Klima dawała na maksa. A w dodatku miejsce, gdzie siedziałam, robiło się coraz bardziej mokre. To para wodna skraplała się na zasłonce przy oknie i od niej moczyło się siedzenie. Dopiero jak odsłonilam okno, przestało moknąć. Dodam, że miejsca są numerowane i nie ma możliwości, aby się przesiąść.
Po doświadczeniach poprzednich nocnych kursów, za trzecim przejazdem wzięliśmy ze sobą śpiwory. To był genialny pomysł. Opatuleni w nie przespaliśmy całą noc. Tylko śmiać mi się chce, jak sobie pomyślę, że równik – teoretycznie najcieplejszy rejon świata – przejechaliśmy po czubek głowy owinięci w śpiwory…
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz