Autor: EliS . 12 Nov 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
“Jestem ciekawa, co tam jecie przed, do lub po piwie”. Takiej treści SMSa dostałam od Mamy. Postanowiłam odpowiedzieć na niego na naszej stronie. Ale najpierw zdementuję podejrzenia: wcale aż tak dużo piwa nie pijemy. Jasne?
Najczęściej wykorzystujemy uprzejmość innych, jak mechanika z naszego statku. A puszki z Wenezueli zostały uwiecznione na zdjęciach, ze względu na ich walory estetyczne
No ale do sedna. Jak to z tym żarciem jest? W Wenezueli niczego nadzwyczajnego nie było. Jakieś kawałki pieczonego kurczaka i ryby z makaronem. I sałatka warzywna. A na dworcach kupowaliśmy sobie najczęściej tosty. Prawie jak w Europie.
Egzotyka zaczęła się w Brazylii. Właściwie to w Manaus pierwszy raz poszliśmy do restauracji. I ta akurat bardzo przypadła nam do gustu, gdyż było w niej jedzenie na wagę. Najpierw na talerz nakładało się to, na co była akurat ochota, a później ważyło się to. Nawet za drogo nie wyszło
Ja sobie nałożyłam jakieś mięsko, jak kurze smakujące, fasolę z gotowanymi jajkami, chyba kuropatwy – przynajmniej takiej wielkości i jakiś makaron. Andrzej dodatkowo dobrał sobie taką kaszkę, którą tu wszyscy do wszystkiego jedzą. Ponoć pęcznieje w żołądku dając uczucie sytości.
Ciekawym rozwiązaniem były też grille stojące prawie na każdym rogu. W ten sposób w każdej chwili mogliśmy sobie szaszłyki z mięsa kupić. Do takich “ulicznych jadłodajni” można tez zaliczyć pana, który na statku sprzedał nam danie z ryby. Było tam dużo ryżu, makaron, groszek, kawałki ryby, jakieś warzywka i oczywiście ta ichnia kaszka. Danie było nawet ciepłe i całkiem dobrze smakowało.
Szkoła przetrwania zaczęła się na statku. “Zupa”, którą podano nam na pierwszą kolację to były kawałki mięsa, makaron i przeróżne warzywa. Określić i nazwać udało mi się jedynie marchewkę i kapustę. Reszta pozostanie tajemnicą – może to i dobrze, zwłaszcza w przypadku takich strasznie żylastych liści… Poza tym to wszystko było tak rozgotowane, że w ogóle nie miało smaku.
Za to drugi dzień bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Nie wspomnę o ukochanej przez Andrzeja jajecznicy, która była na śniadanie. Opowiem za to trochę o obiedzie. W przewodniku wyczytaliśmy, że nazywa się to feijoada i jest tradycyjną brazylijską potrawą. Jest to gulasz podawany z ryżem i fasolą. Do tego podana była jeszcze sałatka z warzyw i makaron. Zaskakuje mnie ta tendencja jedzenia ryżu z makaronem. Ale cóż, widocznie tak lubią. Na kolację był sos zrobiony z mięska, które zostało po obiedzie i dla odmiany ryż z makaronem.
Ogólnie jedzenie mało urozmaicone, ale zdarzają się wyjątki. Taką niewątpliwą perełką była ryba podana raz na kolację. W całości – razem z głową i ogonem i pozostałymi płetwami… Czy chociaż była wypatroszona nie wiemy, bo nie mieliśmy odwagi tego sprawdzić…
Tak wiec na razie zbytnich udziwnień nie ma. Ale zbliżamy się do Peru. A tam czekają na nas tłuściutkie, wypieczone, chrupiące świnki morskie. Już się doczekać nie możemy
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz