Autor: EliS . 31 Dec 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
Jak już mniej więcej zorientowaliśmy się w nazwach różnych rodzajów mięsiwa występującego w Peru, wiedzieliśmy co dostaniemy po zamówieniu konkretnej rzeczy. Bardzo praktyczna i pomocna wiedza
Wiedzieliśmy też w jakie miejsca chodzić, żeby dostać to, na co akurat mamy ochotę. A wszystko dzięki temu, że lokale w swoich nazwach mają to, co serwują.
Najwięcej jest czegoś, co luźno na polski można przetłumaczyć jako “kurczakarnia” czyli polleria (pojerija), [pollo (pojo) = kurczak]. W zależności od tego, jak bardzo było się głodnym można było wziąć sobie 1/8, 1/4, 1/2 lub całego kurczaka. Ceny symetrycznie szły w górę razy 2. A podawany taki kurczak był z ryżem, frytkami i sałatką. Zajadaliśmy się tym na każdy obiad i kolację, aż doszło do tego, że mieliśmy kurczaka dość. I zaczęliśmy się rozglądać za czymś innym.
Wybór padł na lomo saltado. Nie mam zielonego pojęcia, jak to przetłumaczyć
Były to kawałki mięsa w formie sosu z czerwoną cebulą, papryką, frytkami i podawane z ryżem. Posmakowało nam bardzo, a było to podawane w czymś, co nazywało się picanteria. Na szczęście wbrew sugestiom nazwy lomo nie było za bardzo pikantne.
Kolejna rzecz: cuyerie. Miejsca, w których podaje się pieczone świnki morskie. Na północy Peru nie było ich wcale, ale gdy zjechaliśmy na południe – zaczęło się. Z Arequipy do Cuzco jechaliśmy autobusem, który przy okazji służył do przewozu towarów. Zresztą każdy autobus tutaj służy do przewozu towarów. Widzieliśmy jeden z załadowanymi na dachu 3 wersalkami i 2 fotelami – czego to ci Peruwiańczycy nie wymyślą… Wracając do tematu. W owym wspomnianym wcześniej autobusie przewożone były świnki morskie. Kilka skrzynek z zapakowanymi w nie małymi futrzastymi stworzonkami. W pewnym momencie autobus zjechał na pobocze, a na budynku, pod który podjechał, przeczytałam napis: cuyeria.
Wszystko jasne. Tutaj podają pieczone świnki morskie, a te które dowieźliśmy, to po prostu dostawa mięsa, które niedługo wyląduje na patelni. A tak przy okazji… Na jakimś targu widzieliśmy, jak się te świnki przyrządza. Samego momentu zabicia ich nie widzieliśmy, ale obrywanie futerka już tak. Wygląda to zupełnie tak samo, jak pozbawianie kury pierza. Żadnego opalania czy czegoś, po prostu wyrywanie sierści… Potem chłopaczek otrzepał sobie ręce, otrzepał sobie ubranie, otrzepał świnkę i wrzucił do gara… A na koniec wszystko ładnie pozamiatał.
Na tym samym targu widzieliśmy kobietę handlującą drobiem i świnkami. One naprawdę są w Peru traktowane na równi z kurami. Niczym się od nich nie różnią. Są najzwyklej w świecie mięchem na obiad. Z tą tylko różnicą, że kurczaki są znacznie tańsze i bardziej pożywne. I mięso łatwiej od kości odchodzi.
Kolejną potrawą narodową Peru (obok świnek morskich) jest ceviche. Z tego co się zorientowaliśmy jest to żarcie zrobione z owoców morza. Ci, którzy popróbowali zachwycają się tym. My jednak nie zdobyliśmy się na ten krok. Głównie ze względu na to, że żadne z nas za owocami morza nie przepada… W każdym razie podawane jest to w cevicheriach.
Sprytne jest to nazywanie “restauracji” od nazwy serwowanej potrawy. Przynajmniej wchodząc do środka wiedzieliśmy, czego możemy się tutaj spodziewać. I wchodziliśmy tu, na co akurat mieliśmy ochotę.
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz