Autor: EliS . 15 Nov 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
I wcale nie mam na myśli, że to my wpadliśmy w jakiś wir zakupów. Szaleństwo tutaj polega raczej na utrudnianiu pewnych wydawałoby się prostych rzeczy. Nic dziwnego, że miejscowi wolą kupować na bazarach niż w sklepach. No, ale do rzeczy…
O naszym Amigo Peruviano jeszcze wspomnimy podczas planowanej wizyty u niego. A wizyta ta będzie możliwa po części dlatego, że Andrzej sprezentował mu mój krem nawilżająco-ochronny do ciała. W dodatku o oliwkowym smaku i z witaminą F. Peruviano był zachwycony i niesamowicie uszczęśliwiony. Ja trochę mniej, ale decydując się na wyjazd byłam gotowa na poświęcenia
Co by nie było, musiałam sobie jakiś krem kupić. Zaszliśmy do apteki (pierwsze z brzegu coś z kremami) i zaczynamy pani tłumaczyć. Ciężko było. Nie mogła załapać, że po kąpieli, to nie to samo co do kąpieli i dawała nam jakieś żele i mydełko. W końcu wypatrzyliśmy to, o co mi chodziło.
Pani wypisała mi karteczkę i odesłała do kasy. Chwilę przy niej postałam, zanim pani podeszła, przeczytała, co było na niej napisane (sama chwilę wcześniej to pisała), wstukała na kasę, dała mi coś w stylu KP, którego 2 egzemplarze wcześniej opieczątkowała i jeden zachowała sobie, wzięła pieniądze, wydała resztę, a potem odesłała mnie do kolejnego okienka. Przy nim wzięła ode mnie rachunek, dokładnie go przeczytała i wydała mi krem. Uwierzcie mi – trwało to długo. A można było bez tylu świstków sprawę załatwić. A może nie można było?
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz