Autor: EliS . 26 Nov 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
W przewodniku wyczytaliśmy, że jest to największy targ w Ameryce Południowej i odbywa się w soboty. W piątek wieczorem dojechaliśmy do Quito, więc postanowiliśmy skorzystać z okazji i zobaczyć ten targ. Autobus jechał ponad 2 godziny, więc niestety najbardziej tradycyjna część targu już się skończyła, ale to co widzieliśmy, również było fascynujące.
Części z jedzeniem nie było już za dużo. Tu najbardziej zainteresowała nas kobieta sprzedająca przyprawy na wagę. Większość nie mieliśmy pojęcia czym jest, ani do czego służy… Targ ze zwierzętami, który odbywa się na zachód od miasta, już dawno się skończył. Ponoć rozpoczyna się o świcie i trwa najwyżej do 8.
Pozostały rzeczy materiałowe, czyli to, co kobiety lubią najbardziej: CIUCHY!! Niezwykle kolorowe i bardzo duży wybór. Czego było najwięcej? Szalików i swetrów z wlóczki z alpaki (alpaka to lama o bardzo delikatnej wełnie). Były przemiłe w dotyku. Nawet Andrzej co jakiś czas się zatrzymywał, żeby pokiziać szalik. Trochę mi szkoda, że żadnego nie kupiłam, ale zajmowałyby sporo miejsca w plecaku. Może jeszcze będzie okazja… Swetry i poncza, których też było dużo, były w “indiańskim” kształcie. Takie, które mi się kojarzyły, że powinny tak wyglądać i faktycznie tak wyglądały
, ale nie mam pojęcia, jak je opisać :p
Kolejne rzeczy to torby. Kolorowe, w pionowe paski, jak większość rzeczy tam, w przeróżnych rozmiarach – od małych kosmetyczek czy portfelików do dużych toreb podróżnych. Tak samo kolorowe były hamaki. Szeroki wybór wzorów, aż oczopląsu można było od nich dostać. Nasze hamaki moro bardzo blado, by przy nich wyglądały…
Dużo było biżuterii. Większość wyglądała na robioną ręcznie z koralików, piórek i drucików. Ładniutkie. Z wyrobów rękodzielniczych zaopatrzyliśmy się w łapacze snów. Kiedyś o nich może coś napiszę – jeśli zaczną działać
Mam tylko nadzieję, że piórka w nich się nie połamią zanim dotrzemy do Polski. Kupiliśmy jeszcze sobie po płycie z muzyką ekwadorską. Bardzo fajne rytmy. No i Andrzej nie oparł się swojej manii zbierania monet. Gdy zobaczył na jednym ze straganów ekwadorskie sucre, od razu sobie kupił. Jest to waluta, której już nie ma w obiegu, w Ekwadorze płaci się dolarami, mają tylko swoje centy.
Obiad. Szliśmy sobie i myśleliśmy, że można by coś zjeść. Właśnie wtedy poczuliśmy zapach z grilla. Podeszliśmy i zaniemówiliśmy na widok tego, co się tam piekło. Wyobraźcie sobie, że były to SZCZURY. Nie jestem w stanie opisać tego smaku… Może Andrzej zrobi to lepiej.
Wspomnieć jeszcze trzeba, że na targu było pełno gringos. Widać, że jest rozsławiony w przewodnikach
Można śmiało powiedzieć, że prawie połowa kupujących, to byli biali. No, ale to wynikało z tego, że prawdziwy lokalny targ zaczyna się o świcie (i jest trochę bardziej na zachód od tego, w którym my uczestniczyliśmy). Zanim turyści dojadą do Otavalo, już większość latynosów targowisko opuszcza, robiąc miejsce dla handlu nastawionego na zwiedzających. Mimo to wspominać będę ten dzień bardzo miło
A przypominać mi go będzie łapacz snów
PS. Bracie, dla Ciebie tez kupiłam – pierwsza dekoracja do nowego pokoju
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz