Autor: EliS . 13 Nov 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
Pierwszy raz zwróciłam na to uwagę już na dworcu w Boa Vista. Poczekalnia z krzesełkami, na nich pasażerowie oczekujący na autobus – wszyscy wpatrzeni w jeden punkt: telewizor wiszący przy suficie. Wszyscy z zapartym tchem śledzą wydarzenia na ekranie – kolejny odcinek telenoweli. Niby nic w tym dziwnego, trzeba coś robić, czekając na swój odjazd. Całkiem to nieźle władze dworca pomyślały, ale…
Podchodzę do barku kupić jakieś kanapki – kelnerka zapatrzona w telewizor stojący na lodówce. Kanapki zrobiła nie odrywając wzroku od ekranu. Przynajmniej nie straciła wątku. I jak to dobrze, że się nie pokaleczyła…
W recepcji hostelu, w którym spaliśmy to samo – telewizor, a w nim telenowele. Obłęd jakiś. Kiedy również w restauracji wszyscy siedzieli i wpatrywali się w kolejną telenowelę (może tą samą?), pomyślałam, że przeginają. Miałam juz powyżej uszu tych oper mydlanych. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że na statku też będą telewizory…
Włączone są non stop. Dwa na pokładzie do spania i jeden na górnym. Okropność. Zasypiam przy telenowelach i budzę się przy nich. Na dokładkę wszystkie postaci na nich głównie krzyczą i wrzeszczą. Ech… brakuje słów na wyrażenie tego.
Ponoć jeśli wroga nie można pokonać, to należy się do niego przyłączyć. Z chęcią, gdyby były hiszpańskojęzyczne. Wtedy i podstawowe zwroty by można było przyswoić. Niestety, co mi po portugalskim, tylko pomiesza mi się wszystko… Uzbrajam się zatem w cierpliwość, bo co mi pozostało.
A wiecie co jest najgorsze? Po kilku dniach na statku i mnie zaczęła wciągać akcja. A przynajmniej na tyle, że odróżniam poszczególne telenowele.
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz