Autor: EliS . 17 Dec 2007,
Brak komentarzy
Post archiwalny – relacja z wyjazdu do Ameryki Południowej – przedrukowany z Loswiaheros.pl, żeby nie zaginął w natłoku zmian – w końcu mojego autorstwa. Daty publikacji takie jak na wyprawy.onet.pl
Rzeczą, która najbardziej będzie mi się kojarzyła z Peru, są taksówki. Głównie żółte, ale nie tylko. Kolor zależy od tego czy taksówkarz jest zrzeszony w korporacji, czy dorabia na własną rękę. Jednak niezależnie od tego, jaka by nie była forma działalności, fakt jest jeden: w Peru taksówek jest pełno. Może nie rzucało się to tak w oczy w Limie, gdzie było więcej prywatnych samochodów, jednak w pozostałych miastach czy wioskach przeważająca liczba samochodów to taksówki.
Bardzo komicznie wyglądało to na skrzyżowaniach. Czasem na czerwonym świetle stało około 10 samochodów i tylko 2 spośród nich były innego koloru. Reszta była żółta z napisem “taxi”. Czasem miałam wrażenie, że w mniejszych miasteczkach każdy, kto ma samochód, od razu przerabia go na taksówkę i tak zaczyna zarabiać.
I wszystko wskazuje na to, że jest to opłacalny biznes. Cena paliwa w tym kraju jest niespotykanie niska (choć nie tak niska jak w Wenezueli), więc koszt przejazdu taxi jest również niski. Za przejazd z dworca usytuowanego na peryferiach miasta do centrum płaciliśmy zazwyczaj 3 sole (ok. 2,5 zł). W Polsce za taką kwotę nawet by się nie wsiadło do taksówki
A skoro stawki za przejazd są takie niskie, to żeby porządnie zarobić, trzeba zdobyć, jak największą liczbę pasażerów. I tu się zaczyna koszmar wszystkich gringos w Ameryce Południowej…
Skoro ktoś idzie sobie spokojnie chodnikiem, zwiedza, fotografuje, to na pewno chce wziąć taksówkę. A zatem już z daleka, gdy tylko zobaczą kogoś idącego, taksówkarze zaczynają trąbić i tym samym oznajmiać, że podjeżdżają. A gdy już zbliżą się do kogoś, zaczynają krzyczeć: “Taxi, taxi!”. Zazwyczaj odpowiadaliśmy “Gracias, no quiero!” (Dziękuję, nie chcę!) – czasem pomagało i taksówkarz odjeżdżał, ale na jego miejsce podjeżdżał następny “Taxi! Taxi!”. No, bo skoro przed sekundą jednego odprawiliśmy wcale nie oznacza, że jednak nie chcemy taxi, a nuż zechcemy teraz… “Taxi, taxi!”…. “Taxi, taxi!”….”Taxi, taxi!”…. a może jednak: “Taxi, taxi!”….
Próbowaliśmy ignorować i nie reagować na te nawoływania. Też nie działa. Czasem taksówkarz potrafił podjeżdżać do nas, redukować tempo do naszego kroku i jechać jakiś czas obok, nawołując ciągle “Taxi, taxi!”. Nerwica brała nas ogromna. Zresztą nie tylko nas, jak się okazywało. Wielu spotkanych przez nas Europejczyków reagowało podobnie jak my. Logiczne przecież jest, że jeśli chcę taksówkę, to w jakiś sposób to sygnalizuję. No, ale jak się okazuje, jest to logiczne tylko dla Europejczyków. Tu po raz kolejny okazało się, że logika jest trochę inna…
W temacie taksówek warto wspomnieć jeszcze jedna rzecz, a mianowicie mototaxi. Sprowadzone przez Chińczyków opanowały większość mniejszych miasteczek. W Iquitos chociażby było ich więcej niż samochodów, w Piurze podobnie. Podejrzewam, że są pewnym etapem na drodze do dorobienia się samochodu, który po kupieniu i tak zostałby taksówką.
Te peruwiańskie taksówki na długo pozostaną w mojej pamięci. Po pierwsze, jako coś, czego pełno było na ulicach. Po drugie, jako coś, przed czym trudno się było opędzić. Po trzecie, jako coś, co powodowało ogromny hałas. A po czwarte, jako przykład latynoskiego braku logiki
Pokrewne tematy
Zostaw komentarz