Odkąd Gerard opublikował swojego posta o różnicach między marzeniami a planami temat ten co jakiś czas wraca do moich przemyśleń. Czy faktycznie z chwilą kiedy zaczynamy realizować marzenia stają się one planami? A tym samym nie można w żaden sposób marzeń spełnić? Nie do końca się z tym zgadzam
W głowie mi siedzi to, co kiedyś pisałam o moich Rumuńskich Marzeniach, o miejscach, które chciałabym tam jeszcze zobaczyć. Co tu ukrywać, prawie wszystkie je objechałam i to z nawiązką. Ale więcej w tym było przypadku niż mojej celowej działalności, więc zdecydowanie się one spełniały, niż ja je realizowałam.
Włączyliśmy w sobotę rano telewizor i dowiedzieliśmy się, że polski prezydent zginął w wypadku samolotowym w Rosji. Jakie to dziwne było… Nagle kraj, który praktycznie jest pomijany w tutejszych mediach (jedynie przy okazji ataku zimy wspominali o Polsce, jako kraju zasypanym, odciętym od świata i prądu…). A tu nagle mój kraj w centrum informacji. Nie sposób w takich okolicznościach nie zacząć rozmawiać o historii.
No więc wspomnieć należy, że się obroniłam. Tak więc okres moich studiów mogę uznać oficjalnie za zakończony Dużą pomocą była oczywiście Edytka moja, która siłą prawie nie dopuściła, żebym stamtąd uciekła i jednak na obronę weszła. Dzięki Słonko :* Duży pokład pozytywnej energii otrzymałam też od MeTutKamaholików – dzięki Wam za to!
Sprawa kolejna to… SKACZĘ (patrz post poprzedni). Bilety do Hiszpanii już kupione. Wylot 21.października. Przepaść jest mniej więcej taka jak na zdjęciu. I nie wiem co będzie na dnie. I czy lądowanie bardzo zaboli, czy delikatne się okaże. Ale skaczę… Więc niedługo może się okazać, że posty, które teraz piszę w kategorii “Hiszpania” będą jako codzienność, a pojawi się nowa kategoria poświęcona przyjazdom do Polski.
A na koniec wierszyk od Nadziei dla Ani, w którym pojawiam się jako postać drugoplanowa Błędy ortograficzne oryginalnie odautorskie
Jak zobaczyłam, że grupa ma w programie “zwiedzanie” Tesco w Lubartowie, to myślałam, że padnę z wrażenia. Mogą być różne atrakcje turystyczne. Ale żeby supermarket?? Okazuje się, że można i tak. Zwłaszcza, że ten ma w sobie coś wyjątkowego…
W końcu udało mi się wziąć udział w NetDay. Mam trochę mieszane uczucia co do tego spotkania. Ale może to dlatego, że nikogo nie znałam (oprócz szefa agencji reklamowej, z którą współpracuję ostatnio). I trochę wyobcowana się czułam… Tak dla wyjaśnienia:
NetDay Lublin to otwarte, cykliczne spotkania o charakterze nieformalnym osób związanych z szeroko rozumianą branżą internetową. Celem spotkań z cyklu NetDay Lublin jest wzajemne poznanie się, wymiana doświadczeń, prezentacja ciekawych pomysłów oraz swobodna wymiana poglądów w czasie kuluarowych rozmów.
Hmmm… Czytając czasem relacje z tego typu imprez w innych miastach, miałam wrażenie, że właśnie na tych kuluarowych rozmowach cała istota sprawy się osadza. Tu, po ostatniej prelekcji, większość się zmyła…
Mam wrażenie, że jakaś moda się na niego zrobiła. Co jakiś czas o nim w telewizji powiedzą, w gazecie napiszą. A ja dodatkowo prywatnie jeszcze na niego czasem wpadam. Nie zapomnę jak kiedyś na nas naskoczył, gdy mu zdjęcie robiliśmy (to po prawej). Wydał mi się wtedy strasznym i zadufanym w sobie dziwakiem. A tymczasem okazuje się, że wystarczy zapytać, poprosić i bez problemu daje sobie zdjęcie zrobić i bardzo chętny do rozmowy jest.
Wczoraj wpadliśmy na niego z grupą przy Ratuszu. Akurat był w stroju cywilnym. Poopowiadał dzieciom trochę o zawodzie klikona, pokrzyczeli razem. Dziś z kolei trafiliśmy na niego przy Trybunale. Tym razem był w stroju historycznym i… nagrywał wywiad dla “Dzień dobry TVN”. Zawołali nas do siebie. Znów poopowiadał o zawodzie klikona, pokrzyczał z dziećmi. A krzyczenie to niedługo będzie można zobaczyć w TVN
Miałam też okazję z nim trochę porozmawiać. Zgodził się wzięć udział w pewnym projekcie, który zaczynamy realizować. Dostałam jego telefon i adres, żeby móc dograć szczegóły i terminy. Fajnie zaczyna się to kręcić Ale wracając do klikona…
Podczas dzisiejszego spotkania z cyklu “Dookoła świata” była relacja z wyjazdu do Peru. Oprócz świnki morskiej i soku z żaby spore zainteresowanie publiczności wzbudziła opowieść o koce i herbatce z niej zaparzanej.
Od razu przeczulę, żeby ktoś sobie czegoś nie pomyślał. Mówiąc koka nie mam na myśli żadnych narkotyków typu kokainy, w ogóle żadnych narkotyków. Koka to krzew rosnący w Ameryce Południowej. Uprawiany głównie w Boliwii, Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na swoje właściwości (o których za moment napiszę) jest bardzo popularny w rejonach And. Zazwyczaj listki są żute albo zaparzane w formie herbatki (mate de coca – na zdjęciu). Zdarzyło mi się też kiedyś palić skręta z listków koki. Listki tego krzewu są też głównym składnikiem, z którego robi się wspomnianą już kokainę. Ale zanim staną się narkotykiem długa jeszcze droga i obróbka przed nimi. Swoje działanie jednak mają…