
Lecę, bo chcę
Lecę, bo życie jest złe
Czy są pieniądze czy nie
Lecę, bo wolność to zew
Lecę, bo wciąż…
Dawno chyba słowa piosenki tak dokładnie i dobitnie nie odnosiły się do rzeczywistości. Przynajmniej do mojej rzeczywistości. A najbardziej boli mnie fakt, że zakończenie tego refrenu też jest prawdziwe. Mimo że nie potrafiłam go napisać, nie potrafię go nawet pomyśleć… Mimo to wciąż tkwi w mojej podświadomości i ustawia moje życie pod siebie.
Nienawidzę tego uczucia, tak samo jak człowieka, którym go obdarzam i który mnie na to skazał. Zaskakujące, że dwoma tak skrajnymi uczuciami można obdarzać tę samą osobę…
Dlatego lecę.
Muszę zmienić miejsce, ludzi, środowisko. To jest rodzaj terapii, a przy tym – nie będę ukrywać – ucieczki. Pomyślałam sobie, że tak jak dzikie zwierzęta odchodzą od stada, aby umrzeć, tak samo ja muszę odejść. Muszę odejść i pozwolić umrzeć tamtej mnie, która z nim była. Bo póki ona żyje i o nim myśli, nie będę mogła być szczęśliwą… Tak więc mam nadzieję, że ta tęsknota mnie spali… A potem nowa odrodzę się z tych popiołów. Tutaj nie udałoby mi się to. Od lipca próbuję… Może nawet była szansa na szczęście, ale nie potrafiłabym zacząć nią żyć, żyjąc wciąż tamtym życiem…
Wyjątkowo mi pomogliście. Zwłaszcza Edyta, Szymek i Kuba – dzięki Wam za to
ale niestety to nie wszystko. Póki sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże, najwyżej złagodzi… Dlatego nie miejcie mi za złe, tylko wspierajcie (Edyta nie miałcz więcej
).
Publikację tego posta nastawiłam na godzinę mojego wylotu. Sama pewnie za dwa dni tu zajrzę
Jak nic się nie opóźni, to o 14.30 wyląduję w Barajas. Z lotniska też odchodzi autobus do Santiago. Tak więc zostawię bagaże w jakiejś skrytce i do północy będę mieć czas na szwędanie się po Madrycie. Postaram się jeszcze jakiś przewodnik po Hiszpanii kupić, żeby wiedzieć co zobaczyć przez te kilka godzin. Potem powrót na lotnisko i o dziewiątej rano Benvenidos en Santiago! (czy jakoś tak…)
Mieszkanie podobno mam załatwione. Jose, u którego będę mieszkać, ma 35 lat, trzypiętrowy dom, wannę z hydromasażem i jest malarzem. Podobno już uczył się wymawiać moje nazwisko, ale kiepsko mu to szło. Czyżby “sz” było zbyt skomplikowane?
:D


12 Nov 2008 o 13:03
Już nie miauczę
)) kciuki tylko trzymam…
13 Nov 2008 o 13:04
Misiu jest szpanerem, bo nosi metkę przy uchu tak, żeby wszyscy widzieli
pozdrawiam cieplutko
A tak na poważnie, to zobaczysz sama, że to w końcu minie. Wszystko co złe kiedyś mija!!!! Czas leczy rany, w szczególności gdy jesteśmy w nowym miejscu. Zresztą pewnie tak sobie tam zorganizujesz czas, żeby nie mieć miejsca na niepotrzebne myśli. Trzymam kciuki! I do prędkiego sklikanio-komentowania
15 Nov 2008 o 13:04
Misiu ma metke, bo jest przed chwila dostany, jak tylko do domu dojechal zapoznal sie z nozyczkami. Ja takich szpanow nie toleruje! Fakt, opieral sie, ale nieugieta bylam
Fakt, nie ma czasu na rozmyslanie. A przynajmniej inne rzeczy na pierwszy plan sie wysuwaja. W nocy jestem tak zmeczona, ze od razu zasypiam i dzieki temu tez nie mysle. Buziak!
15 Nov 2008 o 13:05
My lady, moją rolę chyba przeceniasz.
Będę upierał się przy stwierdzeniu, że cała przyjemność po mojej stronie, a zasługi po Twojej.
Miłej podróży życzę, bo że pobyt w Galicji będzie przyjemny, to wiem na pewno. Z Ukrainą dobrze przepowiedziałem, nieprawdaż?
Trzymaj się i trzymaj kontakt z nami, pa.
15 Nov 2008 o 13:05
To chyba Ty swojej roli nie doceniasz. Co do Twoich przepowiedni… to mam nadzieje, ze jednak nie bedzie tutaj pewnej analogii do wyjazdu na Ukraine. A psychicznie juz mi chyba lepiej