January

23

Życie w rytmie salsy

Ponoć karnawał mamy… Ale jakoś w ogóle go nie odczuwam. Nie ma jakoś chęci, tej pasji, euforii, które topiłyby największe lody zimy swoim gorącem (inna sprawa, że nie ma też tych lodów, więc i nie ma co topić…). Nie odczuwam karnawału. Za to często zastanawiam się co też może się teraz dziać u moich znajomych z Hiszpanii. Skoro w adwencie chodzili regularnie dwa razy w tygodniu na dyskoteki, to teraz pewnie bawią się jeszcze lepiej.

Oj tak, można się było tak wytańczyć… Choć nie, można by było, gdyby puszczali na owych dyskotekach jakąś “skoczniejszą” muzykę. Taką, żeby popogować się dało, a nie pląsy same i podrygi w rytmie salsy. Chociaż i ona ma swój urok :)

Niesamowite było to, że oni tańczą dla samego tańczenia. Taniec absolutnie nie jest elementem jakiejś gry wstępnej, czy podrywu. Nie ważne z kim się tańczy, w jakim jest on wieku, jak wygląda. Chodzi o sam taniec dla tańca.

Ciężko mi z tym bywało :) Bo mimo wszystko salsa to “romantic dance” i bliskość partnera, gesty i ruchy jakie się podczas niej wykonuje odrobinę działały na zmysły. Na moje zmysły – bo reszta wydawała się niczym i nie przejmować i po prostu tańczyli… Najczęściej salsę kubańską, cha-chę i bachatę (czyt. baciatę). Ta ostatnia i mi do gusty wyjątkowo przypadła. Ze względu na jej charakterystyczny ruch biodrem na cztery. Hmmm, ciężko to opisać, polecam poszukać w YouTube i obejrzeć przykład :)

Najbardziej niezwykłe dla mnie było to, że na salsę przychodziły osoby w bardzo różnym wieku. Nawet kobiety pokazujące zdjęcia swojego wnuka :) I nikogo to nie dziwiło, zawsze miały z kim tańczyć. Właśnie dlatego, że przychodzili tam wszyscy po prostu tańczyć.

Razu pewnego trafiliśmy do naprawdę wielkiej dyskoteki. śmiało mogę powiedzieć, że kilka tysięcy osób tam było. Akurat koncert na żywo zespołu, który wykonywał… przeboje rocka (co prawda w hiszpańskiej wersji językowej, ale nie można mieć wszystkiego). Zaczęliśmy skakać. Było nas wtedy 3 osoby z Polski i jakby to rzecz… królowaliśmy na parkiecie… Bo reszta przyglądała się na nas z nieukrywanym zdziwieniem i pląsała tak jak zawsze prze salsie. Dopiero kiedy zespół zszedł ze sceny i puścili muzykę latino wszyscy się bawić zaczęli. My już siły nie mieliśmy…

Wspominam te wypady na salsę z odrobiną tęsknoty. Mimo pracy, obowiązków, zabiegania, każdy z nich znajduje czas, żeby dwa razy w tygodniu pójść i potańczyć sobie. Tak po prostu, zwyczajnie… Nie za szybko, żeby dnia następnego na zakwasy nie umierać, ale na tyle dynamicznie, że można się wybawić, zmęczyć, zrelaksować. Takie w ogóle życie w Hiszpanii jest – jak romantic dance :)

Pokrewne tematy


Komentarze (6) do “Życie w rytmie salsy”

  1. zycieciekawe:

    Nieważne gdzie jesteśmy, jacy jesteśmy i gdzie się w danym czasie znajdujemy. Ważne jest, aby czuć, że jest się “kimś” – kimś ważnym – nie tyle dla siebie, ale dla innych.

  2. Gerard:

    tak? tego nie wiedziałem, to mnie szczerze mówiąc tym zaskoczyłaś, zawsze ich postrzegałem jako jedność właśnie pod tym względem, sam nie wiem dlaczego może to właśnie przez ten wspólny język, a tu się okazuje jak mówisz, że jest zupełnie inaczej… no proszę, fajnie się czasem czegoś nowego przypadkowo dowiedzieć, dzięki

  3. Gerard:

    mi się wydaje, że Latynosi są bardziej otwarci i spontaniczni, chętniej się bawią i uśmiechają, traktują życie zupełnie inaczej niż my Polacy często zadufani w sobie. często w programach Boso przez świat W. Cejlowski właśnie ten niemalże ewenement pokazuje, dlatego rozumiem po części to co myślisz skoro złapałaś bakcyla latynowskiej kultury; pozdrawiam! gerard

  4. EliS:

    Tylko wiesz, należy odróżnić Hiszpanów od tych wszystkich z Ameryki Południowej – jedynie język jest wspólny, mentalność mają zupełnie inną. Poznałam odrobinę i jednych i drugich… Mi odpowiada mentalność hiszpańska, ta z Ameryki Południowej jest przerażająca momentami… bardziej brutalna…

  5. Shawman:

    To ja dorzucę łyżkę dziegciu… Bywają też pozerscy, naiwni, a czasem wręcz niemądrzy, jeżeli chodzi o jakąś ogólną orientację w świecie. Natomiast to trzeba im oddać, i to chyba odnosi się do wszystkich południowców, że potrafią się bawić dla samej zabawy. Polacy potrzebują pretekstu, czegoś, co ich usprawiedliwi – spotkania z przyjaciółmi, albo przynajmniej okazji do picia. ;)

  6. cranea:

    Kultura to kultura, a ja kocham Hiszpanię, ale nigdy tam nie byłam. Bardzo bym chciała tam być

Zostaw komentarz