August

17

Głód życia

Gdy Go pierwszy raz zobaczyłam przestraszyłam się. – Oho, będą kłopoty – pomyślałam. Nie dość, że stary, to jeszcze jakoś dziwnie zgarbiony (będzie miał problemy z chodzeniem), z aparatem słuchowym (nie usłyszy o której zbiórka i gdzie) i problemami z mówieniem (pewnie po wylewie jakimś, więc zasłabnie mi z środku wycieczki). Od razu miałam wizję, że zamiast zajmowania się pięćdziesięcioma uczestnikami, będę musiała niańczyć jednego siedemdziesięciopięciolatka. Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach…

Jeszcze nigdy moje pierwsze wrażenie nie było tak błędne…

Leopold okazał się człowiekiem wciąż młodym duchem, zgłodniałym wrażeń i życia. Sporo podróżował poznając wciąż nowe miejsca, chłonąć każde miejsce i każdą chwilę – dopóki sił mi wystarczy, pani Elizo. – Ważne, że zdrowie jeszcze jest – powiedziałam. – No właśnie już nie bardzo – odpowiedział i się zasępił.

Tak jak się obawiałam, musiałam zwiedzanie dostosować do Niego. Szedł swoim tempem, zwiedzał swoim rytmem. W najmniej odpowiednim momencie kupował pocztówki, czy stwierdzał, ze musi iść do toalety. Po czym wracał po piętnastu minutach z piwem w ręku… Grupa tez się denerwowała, ale w pewien sposób tolerowała ten fakt. W końcu człowiek starszy i schorowany…

Usiedliśmy sobie na ławeczce w cieniu i rozmawialiśmy, skubiąc żółty ser, który wcześniej kupił. Opowiadał mi o miejscach, w których już był i które chciałby jeszcze zobaczyć. I o tym jak bardzo się boi, ze już ich zobaczyć nie będzie mógł… Strasznie pragnęłam w tym momencie oddać Mu odrobinę ze swojej młodości. Kawałek mojego zdrowia, które braku ja nawet bym nie odczuła, by sprawił, że poczułby się szczęśliwszym, że zaspokoiłby choć odrobinę tego głody życia, który jeszcze miał, że cień tęsknoty i strachu przed nieuniknionym chociaż na moment zniknąłby z Jego oczu.

Pod koniec wycieczki podszedł do mnie – Pani Elizo, chciałbym coś pani dać – powiedział o wręczył mi książkę. Spojrzałam na okładkę: Leopold P. “Głód”, w środku dedykacja: “Elizie – przemiłej przewodniczce po Rumunii z podziękowaniem – autor”. Przewróciłam następne strony – wiersze. Pierwszy z nich najlepiej przedstawia Jego stan ducha:

GŁÓD

Tyle gór,
tyle rzek,
tyle miast,
zwierząt,
chmur,
kwiatów,
gwiazd.

Wielki świat.
Barwne sny.

Gdzieś tam w tle
ból i łzy.
Gdzieś tam w tle
śmierci chłód.

Mimo lat
wciąż ten sam,
wciąż bez zmian
życia głód.

Zawsze myślałam o tym, że boję się starości. Stwierdzałam, że jestem za autoeutanazją, jeśli miałabym być kiedyś dla kogoś ciężarem. Tylko czy można by się było jej dopuścić z takim głodem życia? Bo mój jest podobny. Chciałabym je czerpać pełnymi garściami i kosztować z każdej możliwej strony. Mam niesamowite szczęście, że jestem zdrowa i że mogę robić to, co lubię, co daje mi szczęście. Szkoda, że dopiero tacy ludzie jak Leopold uświadamiają mi ten fakt. A może dobrze, że chociaż tacy ludzie mi to uświadamiają…

Przeglądam dalsze Jego wiersze. Nie boi się śmierci nazwać po imieniu. Wie, że niedługo przyjdzie po Niego. A mimo to chce jeździć, poznawać. Choć z drugiej strony chciałaby przycupnąć gdzieś w kąciku z nadzieją, że go nie zauważy i przejdzie obok. Przedziwny głód życia…

Pokrewne tematy


Komentarze (4) do “Głód życia”

  1. Paula:

    Czasem obawiam się, że to zgaśnie a to motor życia przecież. Pozdrawiam i dziękuję za pozwolenie na cytat!

  2. EliS:

    Czy głód życia zgasnąć może? Z nim jest chyba tak, że im bardziej próbujemy go zaspokoić, tym bardziej nienasyceni nie jesteśmy. Żeby go zgasić należałoby przestać go karmić i popaść w monotonię dnia codziennego.

    Znam takich, którzy już od dziecka w tej monotonii tkwią… ale znam i takich, którym głód życia nie pozwala spać spokojnie.
    Obyśmy zawsze w tej drugiej grupie byli :D

  3. Edyta:

    Głód życia nie mija… tylko czasem brak odwagi na jego zaspokojenie…

  4. nick:

    Chciałbym się takiego głodu nauczyć. Świetny wiersz.

Zostaw komentarz