
Zastanawiałam się ostatnio nad życiem marynarza. Przez pół roku tuła się gdzieś daleko poza domem, tęskniąc za rodziną i najbliższymi. A kiedy już wróci do domu, po kilku dniach euforycznej radości, że wreszcie jest, rodzina wraca do stałego rytmu życia. Rytmu, który przebiega bez owego marynarza, bo przez ten czas, gdy go nie ma nauczyli się żyć bez niego i nie potrafią go tak nagle włączyć w swoje życie. Marynarz staje się wyobcowany wśród tych, do których tak bardzo tęsknił… I zaczyna tęsknić za powrotem na morze…

6 Feb 2009 o 15:15
nie wiem co dodać do tego co napisałaś, myślę, że trafnie siebie określiłaś jako przykład marynarza, wszystko ma swoje plusy i minusy tak jak by zasada “coś za coś” była pierwszorzędną; najważniejsze jest to abyś nie żałowała tego co robisz…
pozdrawiam!
6 Feb 2009 o 15:15
Podejrzewam, że o tym czy żałuje się czy nie, będzie można przekonać się za jakieś 50 lat albo siedząc przed kominkiem w fotelu bujanym, albo grzejąc zmarznięte dłonie przy podpalonym kuble na śmieci. Czas wszystko pokaże…
7 Feb 2009 o 15:15
zaszalałaś moja droga z ta domeną…. Marynarz no cóż, takie to już są te wyjazdy… Po moim powrocie jest podobnie, choć troszkę nowych znajomych się pojawiło, to wiem, że każda rzecz ma swoją cenę.
8 Feb 2009 o 15:16
Eee, czy tak zaszalałam? Już widzę, że warto było
Czasem takie “inwestycje” są przyszłościowe
No i mam większe pole manewrowo-popisowe teraz
O to właśnie mi głównie chodziło.