March

13

Rumuński “marketing”

Dom Drakuli Sighisoara

Dostałam zadanie specjalne – porobić rezerwacje obiadów w miastach w Rumunii, gdyż grupa, którą niedługo popilotuję zapragnęła mieć wyżywienie. I w sumie słusznie, bo bardzo dużo czasu zajmowało nam zwykle stołowanie się w różnych restauracjach. Powód? Opieszałość rumuńskich kelnerów. Nie mam zielonego pojęcia czemu oni tak mają… Jeszcze z menu w miarę sprawnie podejdzie, ale nim pojawi się, żeby zamówienie przyjąć mija jakieś 20 minut. A po nich zaczyna się czekanie na zamówione rzeczy… Czasem nawet godzinę zanim podadzą. Oj, trzeba być cierpliwym… A jaki pilot musi być cierpliwy, gdy mu turyści na zbiórkę nie przychodzą, bo jeszcze czekają na jedzenie…

Ale w sumie to nie o tym chciałam :)

A chciałam o tych poszukiwaniach przeze mnie restauracji. W niektórych miastach było mi wszystko jedno, gdzie coś zjemy – byle gdzieś w centrum i byle tradycyjnie. Ale w jednym mieście szczególnie zależało mi na pewnej restauracji. Mianowicie w Sighisoarze chciałam zamówić obiad w domu, w którym uradził się Vlad Palownik. Namierzyłam więc ich stronę, tam adres mailowy znalazłam, napisałam… i dostałam komunikat, że taki adres nie istnieje!

Łośki jakie z tych Rumunów! Jeszcze żeby to był jakiś ogólny serwis informacyjny to bym zrozumiała, że mogą mieć nieaktualne dane. Ale na własnej stronie restauracji, żeby był zły adres podany?? Nie rozumiem tego…

Chociaż powinnam się cieszyć, że w ogóle stroną mają. Jeden z hoteli, w którym w ubiegłe wakacje spałam i chciałam komuś polecić chyba nie opłacił domeny na kolejny rok. Bo jego strona już nie istnieje. A może i hotel nie istnieje?

Tak wiele osób jadąc indywidualnie do Rumunii decyduje się porobić wcześniej rezerwacje. Jednak uwierzcie mi – bywa z tym problem. Swoje strony miewają tylko hotele międzynarodowych sieci, ale te mają też międzynarodowe ceny. A jakieś przytulne lokalne pensjonaty? Jak będzie ktoś miał szczęście to natknie się na taki na miejscu. A jak nie to też panikować nie należy – poza parkami narodowymi w całej Rumunii można wszędzie namioty rozbijać. Więc alternatywa jakaś jest… Heh.

Pokrewne tematy


Komentarze (4) do “Rumuński “marketing””

  1. gerard:

    eeeh nie podoba mi się to – złośliwość rzeczy martwych – właściwy komentarz do tego co napisałaś wyżej poleciał nie wiem dlaczego do postu o przesileniu wiosennym

  2. EliS:

    SAM chyba nie poleciał :p Ale spoko – zdarza się. W sumie mogłabym go przenieść… ale nie chce mi się :)

  3. ponidchery:

    Wszyscy by chcieli, aby wszędzie było tak samo, tak samo szybko, ładnie i w ogóle. Taka jest mentalność Rumunów, tak mają i już. Po to się jeździ po świecie aby dostrzegać te różnice i szukać wytłumaczenia(jeśli chcemy).
    Jeśli by wszędzie było tak samo to po co po świecie podróżować ?
    Rumunia jest niesamowita, przynajmniej ta, którą miałem możliwość wielokrotnie “odkrywać” na studiach (no… 10 lat temu ;)
    Choć zmiany zapewne już są, te 10 lat temu, podczas podróży autostopem rozmawiałem dosyć długo z rówieśnikiem(Rumunem) o tym, jak może się jego kraj zmienić. Opowiadałem o Polsce jaką pamiętałem z czasów dzieciństwa i jaka się stałą. Słuchał tego, kiwał głową, ale wierzył, że będzie inaczej, że zachowają swój charakter, że duch lasów, gór, monastyrów przetrwa.
    Oczywiście, należy wspomnieć, że Rumunia to nie kraj dziki, jak mi się wydawało. Internet mieli wcześniej niż my – trochę to było dla mnie szokujące. No i moda, tak jesteśmy średnio 5/7 lat za nimi. Ale zasadniczo zawsze tak było, od czasów starożytnych moda szła od centrum naszego zachodniego świata (Rzym) a za nim doszła do północy troszkę musiało upłynąć.
    Ale się rozpisałem :)
    Pozdrawiam

  4. pondichery:

    pondichery oczywiście, przepraszam :)

Zostaw komentarz