Najwyższa pora opisać wypad na Ukrainę. Postaram się ująć to jak najbardziej praktycznie, choć nie wiem na ile to mi się uda. Bo ja to lepsza w opowiadaniu bajek i snuciu historii jestem. A nie takich suchych relacjach byliśmy tu, zrobiliśmy to. W tym zawsze A. był lepszy. Dlatego uzupełnialiśmy się na Los Wiaheros: on praktycznie, ja – refleksyjnie. Teraz przyszła pora na moją próbę praktycznej relacji. Hmmm… zaczynam
Do Lwowa z przesiadkami dojechaliśmy. Najpierw ja do Lublina, potem do Zamościa – tam się spotkaliśmy z Kubą i przy okazji poznaliśmy (trochę miałam obiekcji co do jechania z kimś kogo nie znam, ale w sumie wyszło spoko). Z Zamościa pojechaliśmy do Tomaszowa Lubelskiego, potem do Rawy Ruskiej (już Ukraina) i z niej do Lwowa. Wyszło mi 10zł taniej niż jakby bezpośrednio z Lublina jechać Potem dworzec kolejowy i pociąg nocny do Kijowa.
Podobno w sezonie letnim bywają problemy z pociągami na Ukrainie. My na szczęście bez problemów dostaliśmy bilet. Do Kijowa jechaliśmy klasą o wyższym standardzie, tzw. kupejnyj (ros.kupe). Są to czteroosobowe przedziały z zamykanymi drzwiami. Miejsca są leżące, jak we wszystkich dalekobieżnych pociągach na Ukrainie (zachwycona tym rozwiązaniem jestem!!), numerowane. Pościel jest dla każdego, kocyk, poduszka. Można sobie kupić herbatę. A co najważniejsze nikt bez biletu nie wejdzie do wagonu. Świetne rozwiązanie podróży
W Kijowie byliśmy około 6 rano i od razu zaczęliśmy szukać kobiet wynajmujących kwatery. Stoją one na lewo od wyjścia z dworca. W sumie to dogadaliśmy się z pierwszą lepszą i w sumie za 100 dolarów wynajęliśmy całe mieszkanko na dwie noce. Pierwsze wrażenie klatki było koszmarne: syf, smród iw ogóle lepiej omijać takie zaułki. Ale mieszkanie jak najbardziej w porządku. Czysto, schludnie, lodówka, naczynia, ciepła woda całą dobę.
I co najważniejsze komfort prywatności. Czego chcieć więcej?
I tak zaczęło się nasze trzydniowe zwiedzanie stolicy. Gdzie byliśmy i co widzieliśmy długo by trzeba było pisać. Jak uda mi się odzyskać zdjęcia (nagrane na płytę DVD+R, którego to formatu mój starusieńki komputer nie jest w stanie odczytać), to wrzucę kilka na bloga – one lepiej pokarzą to, co widzieliśmy w Kijowie Pewne jest jedno – liznęliśmy tylko to miasto. Tam tydzień byłby za krótki, żeby wszystko zwiedzić…
Kolejna noc w pociągu. Tym razem w klasie płackartnyj (ros.płackarta). Przytoczę co mój przewodnik na ten temat mówi: “tani wagon bezprzedziałowy, spotykany tylko na wschodzie: 50 osób w odkrytych boksach, zaduch, swojski smrodek, pełna integracja. Trzeba przeżyć, choć niektórym wystarcza tylko raz.” Hmmm, może ja jakaś dziwna jestem, ale mi znacznie bardziej ta klasa odpowiadała niż kupe. Żadnego smrodku, zaduchu (no chyba że w miejscu wyznaczonym dla palących). Ta integracja też nie taka pełna, bo w sumie tylko w ramach tej szóstki, która śpi obok siebie. Fajne jest też to, że się nie zaśpi, bo prowadnica zawsze obudzi przed docelową stacją.
O Lwowie napiszę w następnym poście. W sumie zabytków w nim nie zwiedzaliśmy, a i tak jest miejscem na oddzielną historię…
Dlatego marzy mi się pociąg Transsyberyjski. Kiedy przez dwa tygodnie się z kimś jedzie w jednym wagonie, to dopiero można się zintegrować.
Może pomyślę o tym na wiosnę…
czytam i tak sobie myślę, że to chyba pierwszy post, który kiedykolwiek przeczytałem nawiązujący pozytywnie do kolei, no niestety nie naszej PKP, a mogłaby się trochę nauczyć i przelać tych świetnych rozwiązań od wschodnich sąsiadów… cieszę się, że wszystko się udało, czekam na zdjęcia i relację z Lwowa!
pozdrawiam
gerard
Z każdego wyjazdu zostaje jakaś taka perełka, o której się najchętniej potem opowiada. A że ja ogólnie mam świra na punkcie pociągów (przykład wyjazdu do Motycza Leśnego – prawda Edyta? ), to nic dziwnego, że takie wrażenie na mnie te pociągi zrobiły
Zdjęcia będą, jak tylko się do innego komputera dobiorę
I kolejna osoba zarażona bakcylem Ukrainy. Mam nadzieję, że odrobinę się do tego przyczyniłem. To wspaniały kraj i wydaje mi się dziwne, że Polacy, którzy zwiedzają teraz cały świat, często naszego wschodniego sąsiada pomijają… Naprawdę warto – gdybym miał taką możliwość, jeździłbym tam tak często, jak to możliwe.
No i szczo… Nastupnym razom ja choczu jichaty z Toboju.
Może i Ukraina fajna, ale nie będę ukrywać – wolę RUMUNIĘ!! Ciągle ma w sobie taką zwierzęcą dzikość i nieprzewidywalność.
Choć Kijów bardziej mi się spodobał niż Bukareszt. W Buku jest ogromny chaos. W Kijowie jest znacznie mniej chociażby samochodów, no i – może kogoś zaskoczę – są mniej wypasienie niż te w Bukareszcie
A następnym razem całkiem możliwe, że większą ekipę przygarniemy
Mniej wypasione samochody, niż w Bukareszcie? Niemożliwe… Tylu bajeranckich hammerów, lexusów, bentleyów i merców nie widziałem nigdzie na świecie. Może bogaci Ukraińcy akurat powyjeżdżali na urlopy.
Co do wyższości Ukrainy nad Rumunią się nie wypowiadam, bo w tej drugiej jeszcze nie byłem. I chyba przy obecnych warunkach finansowo-urlopowych jeszcze jakiś czas się nie wybiorę. :/
A jedno z drugim można by połączyć, zobaczyć Zakarpacie i przejechać do Rumunii, potem może jeszcze Mołdawia… Ha.
Zostaw komentarz
Granatowo na Facebooku
Motto
"Każde miejsce na Ziemi ma swoją własną historię, jednak musisz słuchać uważnie by ją usłyszeć i dodać kroplę miłości, by ją zrozumieć."
6 Oct 2008 o 12:26
integracja w pociągach, jest super:)))) Wtedy jest taka prawdziwa podróż….. znaczy takie moje wyobrażenie.
7 Oct 2008 o 12:27
Dlatego marzy mi się pociąg Transsyberyjski. Kiedy przez dwa tygodnie się z kimś jedzie w jednym wagonie, to dopiero można się zintegrować.
Może pomyślę o tym na wiosnę…
7 Oct 2008 o 12:27
Cieszę się, że naładowałaś się pozytywną energią…
)))
7 Oct 2008 o 12:27
Ogólnie to każdy wyjazd, o ile nie kończy się porwaniem i pobiciem, pozytywnie mnie naładowuje. A tu doszła jeszcze integracja nie tylko z tubylcami
7 Oct 2008 o 12:28
czytam i tak sobie myślę, że to chyba pierwszy post, który kiedykolwiek przeczytałem nawiązujący pozytywnie do kolei, no niestety nie naszej PKP, a mogłaby się trochę nauczyć i przelać tych świetnych rozwiązań od wschodnich sąsiadów… cieszę się, że wszystko się udało, czekam na zdjęcia i relację z Lwowa!
pozdrawiam
gerard
9 Oct 2008 o 12:29
Z każdego wyjazdu zostaje jakaś taka perełka, o której się najchętniej potem opowiada. A że ja ogólnie mam świra na punkcie pociągów (przykład wyjazdu do Motycza Leśnego – prawda Edyta?
), to nic dziwnego, że takie wrażenie na mnie te pociągi zrobiły 
Zdjęcia będą, jak tylko się do innego komputera dobiorę
9 Oct 2008 o 12:29
I kolejna osoba zarażona bakcylem Ukrainy.
Mam nadzieję, że odrobinę się do tego przyczyniłem.
To wspaniały kraj i wydaje mi się dziwne, że Polacy, którzy zwiedzają teraz cały świat, często naszego wschodniego sąsiada pomijają… Naprawdę warto – gdybym miał taką możliwość, jeździłbym tam tak często, jak to możliwe.
No i szczo… Nastupnym razom ja choczu jichaty z Toboju.
9 Oct 2008 o 12:30
Może i Ukraina fajna, ale nie będę ukrywać – wolę RUMUNIĘ!! Ciągle ma w sobie taką zwierzęcą dzikość i nieprzewidywalność.
Choć Kijów bardziej mi się spodobał niż Bukareszt. W Buku jest ogromny chaos. W Kijowie jest znacznie mniej chociażby samochodów, no i – może kogoś zaskoczę – są mniej wypasienie niż te w Bukareszcie
A następnym razem całkiem możliwe, że większą ekipę przygarniemy
10 Oct 2008 o 12:30
Mniej wypasione samochody, niż w Bukareszcie? Niemożliwe… Tylu bajeranckich hammerów, lexusów, bentleyów i merców nie widziałem nigdzie na świecie.
Może bogaci Ukraińcy akurat powyjeżdżali na urlopy.
Co do wyższości Ukrainy nad Rumunią się nie wypowiadam, bo w tej drugiej jeszcze nie byłem. I chyba przy obecnych warunkach finansowo-urlopowych jeszcze jakiś czas się nie wybiorę. :/
A jedno z drugim można by połączyć, zobaczyć Zakarpacie i przejechać do Rumunii, potem może jeszcze Mołdawia… Ha.